Temat systemu edukacji jest bardzo często poruszany w mediach. Najczęściej, autorzy różnego rodzaju publikacji nie rozmawiają jednak z osobami, których ten problem bezpośrednio dotyczy, a jedynie z tymi, którzy pomimo wysokiego stanowiska, jakie zajmują, nie są w stanie go rozwiązać. Zamiast do formułowania rozwiązań, dochodzi do tworzenia ideologii, utarczek i polaryzacji poglądów. Dodatkowo, brak kompetencji tych decydentów, jest powiększany przez ich często nielogiczne wypowiedzi, które zawsze wskazują jakiegoś winnego, przy czym tym kimś nie są nigdy oni sami (zastanawiające, prawda?). Ci niekompetentni ludzie wypowiadają się w sposób, który sugeruje, że ich samych nigdy nie dotyczyły żadne problemy edukacji, lecz pojawiły się one tu i teraz. Czy rzeczywiście problemy z edukacją pojawiły się nagle, jak królik wyciągnięty z kapelusza? Jeśli tak, to kto go z niego wyciągnął, jeśli nie - jakie jest ich pradawne źródło (w końcu, gdyby w przeszłości istniał moment, gdy nie było żadnych problemów z edukacją, te problemy nigdy by nie wystąpiły, ponieważ ci ludzie byliby na tyle edukowani, że nie dopuściliby do ich powstania). Jak więc rozwiązać ten problem? Zacznijmy od podstaw.
Merriam-Webster definiuje edukację jako "proces polegający na edukowaniu lub byciu edukowanym" oraz "wiedza i rozwój wynikający z procesu edukacji". Obie definicje używają pojęcia definiowanego w celu jego zdefiniowania (czy mówiliśmy już o nielogicznym myśleniu?). Obie mają też zastanawiającą cechę - sugerują, że edukacja to nic innego jak transfer wiedzy z jednego punktu do drugiego, przy czym za te punkty uważa się ludzi. Czy na pewno tak jest? W końcu, jeśli prześlemy informację z komputera do osoby, to czym różni się ona od informacji przesłanej od osoby do osoby poza tym, że nie kontaktowały się one fizycznie? Ale czy wysłanie spamu jest jeszcze edukacją? Na pewno nie. Czy definicja edukacji wyraźnie o tym mówi? Nie mówi. Widać więc, że podstawowy problem z edukacją polega na tym, że nie wiemy o tym, czym ona jest (patrz definicje) ani o tym, co nią nie jest. Spójrzmy więc na to, czym ona naprawdę jest.
Wiele osób siedzi w tym momencie w zaciszu swoich mieszkań, ogrzewani ciepłem wydobywającym się z kaloryferów. Spróbujmy na chwilę przenieść się w przeszłość i wyobraźmy sobie sytuację, gdzie zamiast mieszkania jest zimna jaskinia, a zamiast kaloryfera z pozoru nic, co mogłoby go zastąpić. Decydując o niezamarznięciu, postanawiamy rozpalić ognisko (kiedyś widzieliśmy palące się drzewo i czuliśmy ciepło bijące z ogniska, ale nie wiemy nic o tym, jak do niego doszło). Nie ma żadnego oficjalnego systemu edukacji. Obok nas siedzi kilka osób. Pytamy po kolei każdą z nich, która widziała tamto drzewo czy wie, w jaki sposób się zapaliło. W tym momencie, zgodnie z definicjami, powstaje mini-system edukacji. Pierwszy dzikus zaczyna przekazywać swoją wiedzę. Mówi, że widział błyskawicę, musiało więc to się stać za sprawą boga przyrody. Wiedza została przekazana. W tym momencie nasz mini-system zadziałał, zgodnie z definicjami. Ale ogniska jak nie było, tak nie ma. Spoglądamy na kolejną osobę, która mówi, że to z pewnością szaman z drugiego plemienia użył swoich mocy, aby wywołać w naszym plemieniu strach i skłonić nas do ucieczki, w celu przejęcia naszych wygodnych, choć zimnych, jaskiń. Znów, mini-system zadziałał. Jednak obie informacje są w kompletnej sprzeczności; nie muszę mówić, w jakim stadium jest ognisko.
Wróćmy teraz do naszego, już nie mini i nie-ogniskowego systemu edukacji ;) W czym są podobne? Oba prowadzą do powstawania poglądów, które częściej niż z prawdą, mają wspólnego z irracjonalnymi przekonaniami i ideologiami. Zamienianie ich na inne jest tym, co często nauka nazywa postępem. Załóżmy, że nasz dzikus, dostrzegłszy ułomność tej zaiste jaskiniowej mentalności nie wychylania się na świat, postanowił działać na własną rękę. Uwaga, poniżej znajduje się opis prawdziwego sytemu edukacji, który nie może być bardziej niezgodny z tym, co głoszą popularne definicje ;)
Odwracam się od bandy w połowie zamarzniętych dzikusów, którzy nie są w stanie zbliżyć mnie choćby do połowy ciepła, które odczułem, gdy znajdowałem się kilka metrów od ogniska. Wszyscy boją się powrotu do tego miejsca. Twierdzą, że jeśli ktokolwiek z naszego plemienia tam wróci, za 7 dni nasze gospodarstwa zostaną zniszczone jeszcze większą magią szamana (jego talizman nosi cyfrę 7, a nikt z nas nie potrafi liczyć do 8). Postanawiam mimo to wyruszyć, gdyż ich wcześniejsze zapewnienia o tym, że krokodyle przypływają z naszymi dziećmi, również się nie sprawdziły (rzeka się wysuszyła, gdy miałem 10 lat, a co jakiś czas widzę nowe dzieci). Jestem na miejscu. Przyglądam się całemu zjawisku uważnie, jednocześnie pocierając dłonie, aby je rozgrzać. Oprócz niezwykłej czerwieni (smrodu też) wydobywających się z palącego się drewna, zaczynam dostrzegać pewne podobieństwo. Skoro pocierając dłonie (i nie tylko) wytwarzam ciepło, to może podobna czynność pozwoliłaby mi rozpalić ognisko? W końcu widzę, że różne miejsca są rozgrzane w różnym stopniu, do jednych nie jestem w stanie zbliżyć się nawet na metr, a inne mogę bez problemu dotykać. Wygląda więc na to, że proces powstawania tego zjawiska jest stopniowy i dynamiczny, o czym świadczy również przenoszenie się go na inne kawałki drzewa. Może więc mógłbym przenieść to zjawisko poprzez pocieranie na kawałek drewna, który do tej pory nie zapalił się, a więc powinien dać najwięcej ciepła?
Dalszej części historii chyba nie muszę opowiadać. Widać, że prawdziwa edukacja polega na ciągłej obserwacji i kojarzeniu faktów. To także trudna sztuka odrzucania nieżyciowych mitów, pokonywania ograniczeń i niesugerowania się "autorytetami" bez uprzedniego przeanalizowania ich poglądów i stwierdzenia, że nie stoją one w sprzeczności z dającymi się zaobserwować zjawiskami. Wymagana jest także odwaga. Sam transfer informacji, obojętnie czy między nauczycielem a uczniem, procesorem a dyskiem twardym komputera, nie jest w stanie zastąpić tych elementów.
Jaki jest w takim razie algorytm naprawy systemu edukacji? Jest on dosyć prosty i składa się z ciągłego promowania i nagradzania (gdzie tylko się da) niezależności myślenia, kształtowania własnych poglądów, a także postaw krytycznych wobec wszystkiego innego (w tym także edukującego, ale jeśli zna on prawdziwą definicję edukacji, nie będzie miał z tym problemu). Pozostaje kwestia tego, jak to zapewnić. Przede wszystkim, każdy powinien umieć czytać ze zrozumieniem. Bez czytania nie ma mowy o edukacji, bo żeby skrytykować jakiś pogląd i stworzyć własny, trzeba najpierw o nim przeczytać (lub usłyszeć). Bardzo wiele osób nie potrafi przeczytać ulotki do leku ze zrozumieniem. Łykają je więc bezmyślnie, bo tak zalecił ich lekarz. Gdyby potrafiły czytać nie tylko ulotki, dowiedziałyby się, że wiele z nich tak naprawdę zawiera opis składników, które nie tylko są niepotrzebne organizmowi, ale często także szkodliwe. To są podstawy. Gdy nauczą się czytać i myśleć także edukujący, reszta powinna wytworzyć się samoistnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz