sobota, 22 grudnia 2012

Matematyzacja historii

Matematyzacja historii - z takim krótkim określeniem spotkałem się, czytając o interesującej dyscyplinie (czy raczej interdyscyplinie leżącej na styku (?) matematyki i historii), zwanej kliodynamiką. Już sama nazwa tej gałęzi nauki jest interesująca. Ponieważ Klio jest grecką muzą historii, dynamika natomiast jakimkolwiek procesem zachodzącym w czasie (często mówi się o procesie zmieniającym się w czasie, ale przecież brak zmian można utożsamić z zerową zmianą), całość miałaby oznaczać studiowanie zmian w procesach historycznych, takich jak wielkość ludności, potęga imperiów, nastroje wielkich mas ludności (jednym z jej twórców jest socjolog). Spójrzmy, czego wymagałaby taka kliodynamika.

Jeśli czegoś nie rozumiemy, a właśnie lepsze zrozumienie historii jest celem twórców kliodynamiki, wówczas wywołuje to zaciekawienie albo lęk (w zależności od tego, czy zjawisko nam zagraża, czy nie, a w zasadzie od oceny, do której z tych kategorii należy). Jako przykład można uzmysłowić sobie nastroje, jakie wywoływały nieznane kiedyś siły natury. O ile siły natury od nas nie zależą (jeszcze nie), o tyle historia nie tylko od nas zależy, ale jest wręcz naszym dziełem (przy czym trzeba rozróżnić rzeczywistą historię i różniących się miedzy sobą historyków oraz dzieła przez nich napisane). Lęk wywołany historią (a więc także potencjalnymi wydarzeniami, które mogą stanowić jej przedłużenie w przyszłości) może być więc tylko lękiem tych, którzy nie panują nad rezultatami swoich działań. Takim umysłowym zastrzykiem zmniejszającym lęk mogłaby więc być kliodynamika, jako nauka ujmująca w karby wzorów to, co było na przestrzeni wieków najbardziej niewyjaśnialne, a zatem, zgodnie z przeprowadzonym przeze mnie rozumowaniem, powodowało najwięcej lęku. Tak samo, jak lek nie jest w stanie usunąć przyczyny choroby, tak samo kliodynamika, moim zdaniem, może jedynie zmniejszyć lęk spowodowany tym, co i tak każdy z nas robi (tworzy historię) poprzez matematyczne pokazanie, jak to się dzieje.

Powyższy paragraf jest jednak jedynie wstępem do tego, co obiecywałem wyjaśnić - czego wymaga kliodynamika. Otóż, nie może być jej celem dopasowanie jakichkolwiek danych do jakiegogolwiek wzoru mimo, że sama definicja tego nie zabrania. Musi istnieć absolutna pewność, że dane są prawidłowe. Tutaj właśnie pojawia się problem, gdyż jednym z zadań tej dyscypliny jest matematyczne przedstawienie procesów trwających nierzadko kilkaset lat. Jak łatwo zauważyć, im dalej patrzymy w przeszłość, tym szybciej nasza wiedza o niej maleje. Inaczej mówiąc, wzór matematyczny nie może zawierać danych, których nie mamy (zakładając, że te, które mamy, są bezbłędne). To, jak również duża kwestionowalność dotychczasowych odkryć historycznych (a zatem także m.in. archeologicznych) ukazuje, że aby matematyzacja historii mogła wystąpić, musimy mieć pełną i całkowicie prawidłową wiedzę o niej. To jednak jest na razie nieosiągalne, z czego być może twórcy kliodynamiki nie zdają sobie sprawy.
WebRep
Ogólna ocena reputacji
Strona nie ma oceny reputacji
(za mało głosów)

piątek, 21 grudnia 2012

Czy komputery rządzą światem?

http://www.bbc.com/future/story/20120528-how-algorithms-shape-our-world - ciekawy link, jednak pomimo dużego zaangażowania, jakie Kevin Slavin wkłada w prezentację, moje myśli podążyły zupełnie innym torem, niż jego. Materiał ten opiera się na tezie, że świat coraz bardziej zależy od algorytmów. I tu właśnie pojawia się problem. Podczas, gdy prezentacja ma dotyczyć, zgodnie z tytułem, świata, w rzeczywistości Slavin przez prawie cały czas skupia się na niewielkim obszarze (który pokazuje na mapce) obejmującym Chicago i Nowy Jork, nie wykraczając nawet na moment myślami do chociażby innego państwa. Drugi problem - autor twierdzi, że nasz świat jest coraz bardziej rządzony przez coraz mniej dające się zrozumieć algorytmy, jednak kim są ci "my" o których mówi tytuł? Na pewno nie są nawet nimi wszyscy, którzy znajdują się w regionie wskazanym przez mapkę Slavina (o tym, że ludzie się przemieszczają, nie muszę chyba przypominać). Trzeci problem - autor zapomina, że komputer jest jedynie narzędziem. Jeśli ktoś za każdym razem, gdy używa młotka, uderza się w palec - cóż, jego problem - ale nie można od razu zrzucać winy na młotek i mówić, że "kształtuje on nasz świat". Czwarty problem - autor chyba nie wie, czym jest bieda  - w 2008 roku, według szacunków Banku Światowego, więcej niż co piąty mieszkaniec globu żył za mniej niż 1,25 dolara dziennie - Ci ludzie nie mają nawet pojęcia, co to jest algorytm. Jest jeszcze wiele innych problemów, chociażby założenie, że świat coraz bardziej rozwija się technologicznie (które jest prawidłowe jedynie dla niektórych miejsc i okresów czasu), ale są one raczej drugorzędne.

środa, 19 grudnia 2012

Sztuczna inteligencja

Ten post piszę z nagłego zaciekawienia tematem, jaki od kilkudziesięciu lat cieszy się zainteresowaniem informatyków - sztuczną inteligencją. W internecie można znaleźć bardzo wiele informacji na temat sieci neuronowych, algorytmów genetycznych, zagadnień etycznych, społecznych itd. Problem badany jest zarówno wszerz, jak i wgłąb. Czy jest badany w sposób zadowalający? Pomijając w zasadzie wszytko, co napisano (nikt tego nie broni), spójrzmy niejako własnymi zmysłami na ten problem.

Terminu "sztuczna inteligencja" używa się w kontekście próby stworzenia takiej właśnie inteligencji. Na czym miałaby polegać jej sztuczność? Tutaj praktycznie zawsze przyjmuje się, że miałaby ona naśladować inteligencję człowieka. Dosyć ambitne zadanie, ja bym zaczął raczej od inteligencji prostszych istot. Poza tym, czy inteligencja człowieka rzeczywiście różni się jakościowo od inteligencji innych istot? Odnoszenie sztucznej inteligencji do inteligencji człowieka moim zdaniem zbytecznie komplikuje problem. Powinniśmy najpierw zastanowić się, jak funkcjonuje JAKAKOLWIEK inteligencja. W ten sposób wkraczamy w dział filozofii, gdyż inteligencja nie może istnieć bez umysłu. Poza tym, filozofia jest umiłowaniem mądrości, a niewątpliwie trzeba ją miłować, aby móc przejawiać nie tylko zainteresowanie, ale również skuteczność w tym temacie. Zadziwiają mnie próby stworzenia sztucznej inteligencji (lub w ogóle zainteresowanie tym tematem) w sytuacji, gdy nawet filozofia nie jest w stanie odpowiedzieć, czym jest umysł, albo jaka jest relacja między mózgiem a umysłem. Moim skromnym zdaniem, kolejność badań jest tutaj pomieszana.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tak wysoko i jeszcze niżej

Wierzę, że każdy z nas uczy się widzieć. Ja ten wiersz zobaczyłem, gdy zamknąłem oczy. Nie wiem dokładnie, co znaczy. Następnego dnia ujrzałem tytuł.


Dam Ci mydło
Oczy Ci zasklepiają
Bezsłowne słowa bezznaczeń

Kochasz, nie kochając
Pracujesz, nie pracując

Walcząc o wolność
Nie zapomnij pokonać w sobie
Bin-Ladena terrorystycznej siatki słów

sobota, 15 grudnia 2012

Facebook - "I like it"?

Facebook stał się najpopularniejszą siecią społecznościową. Liczba jego użytkowników przekroczyła we wrześniu tego roku ponad miliard. Tak przynajmniej głoszą oficjalne informacje wydawane przez firmę pana Zuckerberga (oczywiście, "I like him"). Spójrzmy jednak, jak jest naprawdę.

Nie trzeba być wyjątkowo spostrzegawczym, aby zauważyć, że na Facebooku roi się od kont reprezentujących różne firmy i fikcyjnych użytkowników, co obala twierdzenie o "sieci społecznościowej". Jak łatwo zauważyć, portal jest tak skonstruowany (i ciągle rozwijany w tym kierunku), aby korzystający z niego mogli najbardziej chwalić się kim to oni nie są (możliwość dodawania zdjęć i informacji które, z "dziwnego" powodu, można "polubić", nigdy natomiast nie można ich znienawidzić lub chociażby pozostać obojętnym). Najwyraźniej "znajomym" trzeba zaimponować, co innego miałoby oznaczać mikroskopijne pole dla komentarza i jedynie możliwość polubienia związanych z nimi aktywności, jeśli nie wyraźne zaniemówienie spowodowane ich wspaniałością.

Przeczytałem ostatnio o badaniu, które wykazało, że użytkowanie Facebooka, na skutek właśnie tych wspaniałości ciągle emanujących ze zdjęć, informacji i statusów wywołuje uczucie niższości, pogarsza nastrój i ogólnie jest bardzo stresujące. Jeśli dodać do tego gry, w które można zarówno wygrać, jak i przegrać (hm, jeśli mamy zapalonych "znajomych" Facebooka, a sami nimi nie jesteśmy, wtedy raczej to drugie), otrzymujemy obraz zdesperowanych milionów użytkowników, którzy, aby tylko zreperować swoją odczuwalną niższość, muszą co jakiś czas polubić coś lub zaimponować czymś. Nietrudno zauważyć, że powstająca w ten sposób samonapędzająca się machina niezadowolenia jest właśnie tym, na czym zależy sprzedawcom rozmaitych produktów (oczywiście, możemy ich tylko za to "lubić"), tak licznie obecnych na tym portalu "społecznościowym". Nie kupisz 60 calowego telewizora dopóki  nie stwierdzisz, że 50 calowego już nikt nie "lubi". A trzeba polubić, ostatecznie kto Ciebie polubi, jeśli nie Ci, którzy polubili 60 calowy telewizor?

Jak następnym razem Facebook zapyta mnie "O czym teraz myślisz", powyższe rozumowanie będzie prawidłową odpowiedzią.

Problemy religii oraz ich rozwiązania

Im częściej problem się powtarza, tym intensywniej powinniśmy szukać rozwiązania. To oznacza niekierowanie się emocjami, przeanalizowanie go, a w rezultacie znalezienie przyczyny. Tylko wtedy, gdy przyczyna jest znana, można zacząć poszukiwanie rozwiązania. Dlatego, najlepsze rozwiązania powstają zawsze na skutek dokładnej analizy. Im mniej jest niezależności w myśleniu, a więcej konformizmu, tym bardzie analiza jest zastępowana przez ideologię, co prowadzi do nieskuteczności, a w konsekwencji dalszych problemów. Każdy, kto widział lawinę śnieżną, jest w stanie łatwo to sobie wyobrazić.

Powyższe rozumowanie można odnieść do religii. Artykuły o kościele katolickim często dotyczą emocjonujących skandali. Poza tym, niektórzy twierdzą, że religia to "opium dla mas" (zakładając przy tym, że do nich nie należą). Prawda jest taka, że religia nie jest ani źródłem skandali, ani żadnym opium. Tak można sądzić tylko wtedy, gdy w grę wchodzą emocje zamiast logicznego myślenia. Spróbujmy użyć tego ostatniego, aby zidentyfikować, czym naprawdę religia jest.

Wszystkie znane religie musiały najpierw powstać, wiele innych na pewno się pojawi. O ludziach religijnych mówi się, że wierzą. Religia to w takim razie wolność wiary. Podczas, gdy filozofia poszukuje znaczeń pojęć ostatecznych, takich jak Bóg, śmierć, szczęście, religia ma je od razu zdefiniowane. Konkretna religia jest więc niczym innym, jak zastygłą w poszukiwaniach formą filozofii. To wcale nie musi oznaczać, że gorszą. Nie ma górnego limitu prawd, jakie może zawierać religia, natomiast poszukiwanie samo w sobie jest bezwartościowe (dopiero wyniki mogą mieć wartość). Jest ona zastygła w tym sensie, że poszukiwania w niej nie trwają, ale może dalej rozwijać się, gdy dodawane są do niej inne prawdy. Tak, jak ktoś może zgadzać się w wieloma filozofiami, zbierając ich niekonfliktujące ze sobą składniki, tak samo może akceptować różne religie. Nie ma niczego, co wymagałoby wiary wyłącznie w jedną religię, w przeciwnym razie nie byłoby wolności, a więc religii.

Gdy nie widzimy wyraźnie, możemy nie dostrzegać prawdziwych przyczyn problemów, a nawet tworzyć nowe i ich nie dostrzegać (można nawet zostać przygniecionym przez lawinę śnieżną i tego nie zauważyć, ale zazwyczaj jest już za późno, aby przedsięwziąć jakiekolwiek środki zaradcze). W powyższym akapicie dokonaliśmy subtelnego rozróżnienia wynikającego z rozumienia pojęć (zastygła, zniewolona forma nie może być religią). Sprawdźmy, jakie rozróżnienia nie są dokonywane w przypadku religii.

Zaskakujące jest sformułowanie "religia państwowa", gdyż wynika z nierozróżniania dwóch pojęć, z których się składa. Jak mówiliśmy, religia jest formą wolności. Państwo zaś nie może być niczym innym, jak formą zniewolenia. Tam, gdzie nie ma wolności, nie może być religii. Nie istnieje zatem coś takiego, jak religia państwowa (nie można łączyć materii z antymaterią bez towarzyszących temu konsekwencji). Rozwiązanie jest proste - należy zmniejszać ilość religii w państwie i państwa w religii. Truskawki w jogurcie mogą być dobrym pomysłem, ale na pewno nie religia w państwie.

Często mówi się o  "zorganizowanej religii". Ponieważ państwo to organizacja, pojęcie to jest szerokie i zawiera w sobie "religię państwową". Niesie więc ze sobą wszystkie jego sprzeczności, a nawet więcej - od razu pokazuje, że każdy problem, jaki może wystąpić w organizacji, może też dotyczyć zorganizowanej religii. O ile do państwa trzeba należeć, do organizacji nie trzeba. Organizacja w łagodniejszych postaciach jest w takim razie znacznie mniejszym stopniem zniewolenia niż państwo, ale tak samo może to zniewolenie generować. O zauważaniu problemów mówiłem dlatego, że najpierw trzeba to zniewolenie zauważyć, aby móc cokolwiek z nim zrobić. Im bardziej człowiek jest wolny, tym więcej ma narzędzi do rozwiązania swoich problemów. Możliwość rozwiązywania problemów pozwala na przyglądanie się im niejako z perspektywy, bez paraliżującego strachu, że prędzej to on się upora z nami niż my z nim. Rosną wtedy możliwości ich identyfikacji, a co za tym idzie dostrzegania przyczyn problemów, które również mogą mieć swoje przyczyny. Nie ma rozwiązań bez wolności.

Powtarzające się skandale w kościele katolickim pokazują, że mamy do czynienia ze znaczącym zniewoleniem Kościoła przez złudzenie, jakie próbuje on utrzymać wśród wiernych, o postępowaniu według zasad, jakie sam głosi. Kościół nie rozumie, że tym zachowaniem sam sobie szkodzi. Odbiera sobie wolność rozwiązywania problemów. Powstaje w ten sposób spirala pomniejszającej się wolności, aż wreszcie dochodzi do punktu, z którego nie ma innego "wyjścia" niż tuszowanie jakichkolwiek oznak nieprawidłowości. Tak, jak napisałem wcześniej, tam, gdzie nie ma wolności, nie ma rozwiązań. Podobnie, tam gdzie nie ma religii, jest mniej rozwiązań (gdyż nie każda wolność jest religią). Najlepszym sposobem powiększania wolności jest rozwiązywanie problemów. To, oprócz omówionego rozdziału religii od państwa, jest właśnie prawdziwym remedium na bolączki wszelkich zorganizowanych religii.

niedziela, 9 grudnia 2012

Czy kawa jest zdrowa? (umiejętność zadawania właściwych pytań)

Wiele problemów bierze się z zawężonego widzenia rzeczywistości, jak np. wypadek samochodowy z powodu niedostrzeżenia wszystkich istotnych zjawisk na drodze, przewrócenie się z powodu pominięcia ostatniego stopnia na schodach, kupienie przeterminowanego serka homogenizowanego... czytelnicy na pewno doświadczyli wielu podobnych problemów. W tym poście postaram się wykazać, że nie inaczej jest ze stwarzaniem nieistniejących problemów, u którego źródła leży często zadawanie niewłaściwych pytań, a modelowym przykładem będzie pytanie, na którego odpowiedź przeznaczono wiele lat badań naukowych (czytaj - strwoniono pieniądze), ale nigdy do końca jej nie znaleziono (zawsze pozostaje pewna wątpliwość) - "czy kawa jest zdrowa"?

Zadziwiającym fenomenem jest również częste zadawanie pytania "czy kawa jest szkodliwa", które nie tyle jest w całkowitej opozycji do pytania o jej zdrowotne skutki, ile pokazuje chaotyczne podejście do problemu. JEŚLI COŚ NAS ZADZIWIA, TO ZNACZY, ŻE NIE WZIĘLIŚMY POD UWAGĘ WSZYSTKICH ISTOTNYCH CZYNNIKÓW, KTÓRE TEN STAN SPOWODOWAŁY. Specjalnie użyłem wielkich liter, gdyż istotności tego sformułowania nie sposób przecenić. Tym razem dochodzimy do właściwego pytania - "czego nie spostrzegamy, gdy pijemy kawę". Odpowiedź jest równie zaskakująca - siebie ;) Otóż, jak zauważył setki lat temu Paracelsus, renesansowy lekarz i przyrodnik, "wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną". Oznacza to tyle, że o efektach, jakie przyniesie kontakt z otoczeniem, w naszym przypadku z jedzeniem, a dokładnie z kawą, decydujemy my sami, a dokładnie nasz układ pokarmowy, a jeszcze precyzyjniej to, jak dobrze wydala on niepotrzebne składniki (w tym produkty przemiany materii), a pobiera wszystkie pozostałe. Zatem: kawa jest zdrowa w stopniu takim, w jakim liczba składników z obu kategorii jest zrównoważona. Co znaczy precyzyjnie to zrównoważenie jest przedmiotem innego pytania, do którego nie dotarli "naukowcy" dojący z nas pieniądze (jeśli ktoś teraz czuje się niezdrowo, to wie przez kogo ;).

sobota, 8 grudnia 2012

Dowód na istnienie niematerialnego umysłu i duszy

Powszechnie uważa się, że zastanawianie się nad metafizycznymi aspektami istnienia jest niepraktyczne. Poniekąd jest to uzasadnione. Każdy filozof wydaje się mieć inne poglądy; pracujące w harmonii mrówki czy pszczoły powinny być w takim razie znacznie lepszym od niego wzorcem pracowitości i produktywności. Wiele czasu zajmuje nam praca, jedzenie, sen, oglądanie telewizji (średnia krajowa - około 4 godziny). W całym zamieszaniu, jakie stwarzamy, pozostaje niewiele czasu na istotne przemyślenia. A szkoda, bo największe odkrycia, wprowadzające pozytywne zmiany dla ludzkości, dokonywane były nie w wyniku powtarzających się, monotonnych czynności, ale raczej w chwili twórczej, a więc z definicji niepowtarzalnej, inwencji. Nie może być też miejsca na jakąkolwiek poprawę tych czynności, jeśli choć chwilę nie zastanowimy się nad nimi. Im bardziej wysoko sięga myśl, tym większe jest jej potencjalne oddziaływanie. Kwestia dualności umysłu i mózgu od dawna jest przedmiotem debaty filozoficznej. Często jednak i zupełnie nieracjonalnie przyjmuje się bez zastanowienia pogląd, że umysł jest funkcją mózgu. Poniższy dowód, że tak nie jest, to mój pomysł, jak można łatwo wykazać jego niesłuszność.

Zauważmy, że każdy organ w ciele pełni jedną, ściśle określoną funkcję. Ucho służy do słuchania i zachowania równowagi, ale przecież ma odpowiednio bębenek i błędnik. Do zachowania prawidłowej postawy ciała jest kręgosłup. Oczy pozwalają oglądać rzeczywistość. Jak przedstawia się sprawa z mózgiem? Udowodniono, że zadaniem mózgu jest zapewnienie, aby wszystkie funkcje związane z ciałem były wykonywane prawidłowo. Jednak, uważa się także (od około stulecia), że cała intelektualna sfera człowieka zawarta jest również w nim. Zgodnie z tym poglądem, wszystkie myśli, emocje, wynalazki, postanowienia, miłości, mają swoje źródło w mózgu. Mamy więc mieć co najmniej dwie zupełnie niedające się połączyć funkcje w jednym organie? Nawet najwięksi zwolennicy tego poglądu nie są w stanie wyjaśnić, jak to miałoby działać. Zatem, sfera intelektualna musi istnieć poza mózgiem, ale wszystkie pozostałe organy już mają zapewnioną funkcjonalność. Prowadzi to do wniosku o pozacielesności umysłu. Pojawia się więc pytanie, co kieruje naszym umysłem? Nie możemy przecież twierdzić, że jest on niczym ocean, który, choć istnieje w skomplikowanym organizmie ziemskim, podlega przewidywalnym mechanizmom, bo w przeciwieństwie do raz spokojnego, raz burzliwego, ale zawsze bezwolnego oceanu, mamy wolność kierowania swoim zachowaniem, emocjami i myślami. To oznacza, że musi istnieć coś, co kieruje umysłem. Ponieważ umysł z definicji nie uwzględnia osobowości, musi ona przynależeć właśnie do tego trzeciego elementu - duszy. Skoro jest ona całą osobowością, w istocie każdy człowiek JEST nią, a ciało wykorzystuje jedynie jako środek lokomocji w fizycznym świecie. Ciekawe wnioski, jakie z tego wynikają, wykraczają jednak poza ramy tego posta.

Bezsenność a melatonina


Bardzo dużym zainteresowaniem, jako potencjalny lek na bezsenność, cieszy się ostatnio melatonina. Kilka lat temu jej fala popularności przekroczyła Atlantyk, w celu osadzenia rynku zbytu także w Polsce, dokąd dotarła z USA, gdzie, jeśli wierzyć niektórym zapewnieniom, co drugiemu kierowcy zdarzyło się zasnąć przed kółkiem. Pomimo, iż w każdej aptece można nabyć za niskie pieniądze ten specyfik, problem bezsenności wcale nie zmniejszył się. Najwyraźniej nie działa on także na osoby czerpiące z niego korzyści majątkowe, gdyż bezustannie wynajdują one jej nowe zastosowania. Podejrzewam, że jeśli już uda im się zasnąć, ich sny są dosyć monotematyczne. Jak więc ten "lek", o którym nie powiedziano chyba tylko tego, że potrafi zamienić ołów w złoto, zdobył taką popularność?

Prawdopodobnie najlepiej na to pytanie byłby w stanie odpowiedź Richard Wurtman, pracownik wydziału zajmującego się badaniem mechanizmów istniejących w mózgu (Department of Brain & Cognitive Sciences, Massachusetts Institute of Technology), oraz twórca firmy Interneuron Pharmaceuticals, zajmującej się wmawianiem (ups, marketingiem), że wszystko, co wymyślił on i jego koledzy, jest tym, czego inni potrzebują. Najwyraźniej, z pana Wurtmana był doskonały marketingowiec, gdyż machinę propagandy rozkręcił tak bardzo, że sam musiał później ją zatrzymywać, gdy doszło do produkcji zanieczyszczonej melatoniny. Mówiąc, że nikt nie powinien jej kupować do czasu, aż problem zostanie rozwiązany, wywołał dodatkowe podniecenie, które skłoniło kupujących do pomijania oficjalnych, kurczących się wtedy, kanałów dystrybucji. Szaleństwo zaczęło spędzać sen z powiek. Co naprawdę odkrył Wurtman?

W 1964 roku, Wurtman opublikował w Nature artykuł, w którym twierdził, że szyszynki kur zabitych po spędzeniu wcześniej czasu w jasnym pomieszczeniu, były cięższe od szyszynek kur z pozostałych pomieszczeń, natomiast w przypadku szczurów obserwowana zależność była odwrotna. Nie przyszło mu do głowy, że poza oczywistą różnicą między szyszynkami zanim eksperyment został rozpoczęty (każdy mózg jest inny), w grę mogło wchodzić wiele innych czynników - artykuł od razu zatytułowano "Melatonin synthesis in the hen pineal gland and its control by light." Nie zaciekawiło go też, czemu wyniki różniły się między dwoma gatunkami zwierząt. Wurtman jak naszybciej dążył do rozpoczęcia produkcji, o czym świadczyć może chociażby publikacja pt. "Effect of exogenous melatonin on sleep - a meta-analysis of 14 controlled clinical trials", rok 2005. Bardzo wymowna jest w niej liczba osób biorących w eksperymencie, jak i rok, w którym został wykonany. W czasie, gdy MILIONY osób na całym w świecie łykały melatoninę, on dopiero wpadł na pomysł, aby zbadać jej efekty na CZTERNASTU osobach. Na co najmniej 10 lat udało mu się uśpić uwagę świata (produkcja rozpoczęła się w 1995 roku). Nie powinno to dziwić. W końcu inną jego specjalnością jest "cognitive sciences", czyli nauki zajmujące się procesami poznawczymi.

Algorytm naprawy systemu edukacji

Temat systemu edukacji jest bardzo często poruszany w mediach. Najczęściej, autorzy różnego rodzaju publikacji nie rozmawiają jednak z osobami, których ten problem bezpośrednio dotyczy, a jedynie z tymi, którzy pomimo wysokiego stanowiska, jakie zajmują, nie są w stanie go rozwiązać. Zamiast do formułowania rozwiązań, dochodzi do tworzenia ideologii, utarczek i polaryzacji poglądów. Dodatkowo, brak kompetencji tych decydentów, jest powiększany przez ich często nielogiczne wypowiedzi, które zawsze wskazują jakiegoś winnego, przy czym tym kimś nie są nigdy oni sami (zastanawiające, prawda?). Ci niekompetentni ludzie wypowiadają się w sposób, który sugeruje, że ich samych nigdy nie dotyczyły żadne problemy edukacji, lecz pojawiły się one tu i teraz. Czy rzeczywiście problemy z edukacją pojawiły się nagle, jak królik wyciągnięty z kapelusza? Jeśli tak, to kto go z niego wyciągnął, jeśli nie - jakie jest ich pradawne źródło (w końcu, gdyby w przeszłości istniał moment, gdy nie było żadnych problemów z edukacją, te problemy nigdy by nie wystąpiły, ponieważ ci ludzie byliby na tyle edukowani, że nie dopuściliby do ich powstania). Jak więc rozwiązać ten problem? Zacznijmy od podstaw.

Merriam-Webster definiuje edukację jako "proces polegający na edukowaniu lub byciu edukowanym" oraz "wiedza i rozwój wynikający z procesu edukacji". Obie definicje używają pojęcia definiowanego w celu jego zdefiniowania (czy mówiliśmy już o nielogicznym myśleniu?). Obie mają też zastanawiającą cechę - sugerują, że edukacja to nic innego jak transfer wiedzy z jednego punktu do drugiego, przy czym za te punkty uważa się ludzi. Czy na pewno tak jest? W końcu, jeśli prześlemy informację z komputera do osoby, to czym różni się ona od informacji przesłanej od osoby do osoby poza tym, że nie kontaktowały się one fizycznie? Ale czy wysłanie spamu jest jeszcze edukacją? Na pewno nie. Czy definicja edukacji wyraźnie o tym mówi? Nie mówi. Widać więc, że podstawowy problem z edukacją polega na tym, że nie wiemy o tym, czym ona jest (patrz definicje) ani o tym, co nią nie jest. Spójrzmy więc na to, czym ona naprawdę jest.

Wiele osób siedzi w tym momencie w zaciszu swoich mieszkań, ogrzewani ciepłem wydobywającym się z kaloryferów. Spróbujmy na chwilę przenieść się  w przeszłość i wyobraźmy sobie sytuację, gdzie zamiast mieszkania jest zimna jaskinia, a zamiast kaloryfera z pozoru nic, co mogłoby go zastąpić. Decydując o niezamarznięciu, postanawiamy rozpalić ognisko (kiedyś widzieliśmy palące się drzewo i czuliśmy ciepło bijące z ogniska, ale nie wiemy nic o tym, jak do niego doszło). Nie ma żadnego oficjalnego systemu edukacji. Obok nas siedzi kilka osób. Pytamy po kolei każdą z nich, która widziała tamto drzewo czy wie, w jaki sposób się zapaliło. W tym momencie, zgodnie z definicjami, powstaje mini-system edukacji. Pierwszy dzikus zaczyna przekazywać swoją wiedzę. Mówi, że widział błyskawicę, musiało więc to się stać za sprawą boga przyrody. Wiedza została przekazana. W tym momencie nasz mini-system zadziałał, zgodnie z definicjami. Ale ogniska jak nie było, tak nie ma. Spoglądamy na kolejną osobę, która mówi, że to z pewnością szaman z drugiego plemienia użył swoich mocy, aby wywołać w naszym plemieniu strach i skłonić nas do ucieczki, w celu przejęcia naszych wygodnych, choć zimnych, jaskiń. Znów, mini-system zadziałał. Jednak obie informacje są w kompletnej sprzeczności; nie muszę mówić, w jakim stadium jest ognisko.

Wróćmy teraz do naszego, już nie mini i nie-ogniskowego systemu edukacji ;) W czym są podobne? Oba prowadzą do powstawania poglądów, które częściej niż z prawdą, mają wspólnego z irracjonalnymi przekonaniami i ideologiami. Zamienianie ich na inne jest tym, co często nauka nazywa postępem. Załóżmy, że nasz dzikus, dostrzegłszy ułomność tej zaiste jaskiniowej mentalności nie wychylania się na świat, postanowił działać na własną rękę. Uwaga, poniżej znajduje się opis prawdziwego sytemu edukacji, który nie może być bardziej niezgodny z tym, co głoszą popularne definicje ;)

Odwracam się od bandy w połowie zamarzniętych dzikusów, którzy nie są w stanie zbliżyć mnie choćby do połowy ciepła, które odczułem, gdy znajdowałem się kilka metrów od ogniska. Wszyscy boją się powrotu do tego miejsca. Twierdzą, że jeśli ktokolwiek z naszego plemienia tam wróci, za 7 dni nasze gospodarstwa zostaną zniszczone jeszcze większą magią szamana (jego talizman nosi cyfrę 7, a nikt z nas nie potrafi liczyć do 8). Postanawiam mimo to wyruszyć, gdyż ich wcześniejsze zapewnienia o tym, że krokodyle przypływają z naszymi dziećmi, również się nie sprawdziły (rzeka się wysuszyła, gdy miałem 10 lat, a co jakiś czas widzę nowe dzieci). Jestem na miejscu. Przyglądam się całemu zjawisku uważnie, jednocześnie pocierając dłonie, aby je rozgrzać. Oprócz niezwykłej czerwieni (smrodu też) wydobywających się z palącego się drewna, zaczynam dostrzegać pewne podobieństwo. Skoro pocierając dłonie (i nie tylko) wytwarzam ciepło, to może podobna czynność pozwoliłaby mi rozpalić ognisko? W końcu widzę, że różne miejsca są rozgrzane w różnym stopniu, do jednych nie jestem w stanie zbliżyć się nawet na metr, a inne mogę bez problemu dotykać. Wygląda więc na to, że proces powstawania tego zjawiska jest stopniowy i dynamiczny, o czym świadczy również przenoszenie się go na inne kawałki drzewa. Może więc mógłbym przenieść to zjawisko poprzez pocieranie na kawałek drewna, który do tej pory nie zapalił się, a więc powinien dać najwięcej ciepła?

Dalszej części historii chyba nie muszę opowiadać. Widać, że prawdziwa edukacja polega na ciągłej obserwacji i kojarzeniu faktów. To także trudna sztuka odrzucania nieżyciowych mitów, pokonywania ograniczeń i niesugerowania się "autorytetami" bez uprzedniego przeanalizowania ich poglądów i stwierdzenia, że nie stoją one w sprzeczności z dającymi się zaobserwować zjawiskami. Wymagana jest także odwaga. Sam transfer informacji, obojętnie czy między nauczycielem a uczniem, procesorem a dyskiem twardym komputera, nie jest w stanie zastąpić tych elementów.

Jaki jest w takim razie algorytm naprawy systemu edukacji? Jest on dosyć prosty i składa się z ciągłego promowania i nagradzania (gdzie tylko się da) niezależności myślenia, kształtowania własnych poglądów, a także postaw krytycznych wobec wszystkiego innego (w tym także edukującego, ale jeśli zna on prawdziwą definicję edukacji, nie będzie miał z tym problemu). Pozostaje kwestia tego, jak to zapewnić. Przede wszystkim, każdy powinien umieć czytać ze zrozumieniem. Bez czytania nie ma mowy o edukacji, bo żeby skrytykować jakiś pogląd i stworzyć własny, trzeba najpierw o nim przeczytać (lub usłyszeć). Bardzo wiele osób nie potrafi przeczytać ulotki do leku ze zrozumieniem. Łykają je więc bezmyślnie, bo tak zalecił ich lekarz. Gdyby potrafiły czytać nie tylko ulotki, dowiedziałyby się, że wiele z nich tak naprawdę zawiera opis składników, które nie tylko są niepotrzebne organizmowi, ale często także szkodliwe. To są podstawy. Gdy nauczą się czytać i myśleć także edukujący, reszta powinna wytworzyć się samoistnie.